Off-topic: Filmy nieazjatyckie

ggg

Ogólnie postanowiłam wziąć na tapetę wszystkie filmy nieazjatyckie, które obejrzałam w tym roku, niby tego mało, ale jak na moje wcześniejsze zacietrzewienie, że będę oglądać tylko kino japońskie czy koreańskie, to jest to sukces. I chyba rozwój. Zaczęłam sobie zdawać sprawę, że trochę ominęło mnie dobrych filmów przez zamknięcie się w bańce kinematografii azjatyckiej i w sumie zaczęło mi to przeszkadzać. To nie tak, że nadrabiam wszelkie klasyki, które uznałam, że muszę obejrzeć, jednak sięgam i po starsze filmy, znane bądź mniej, chodzę (chodziłam lol xD) też do kina, ponadto oglądam kilka kanałów na yt, dzięki którym dowiaduję się o ciekawych produkcjach. Ogólnie nie jestem do końca przekonana, czy wszystkie te produkcje widziałam w 2020, czy może coś jest z końca 2019, ale już trudno… pamięć nie jest moją mocną stroną. Niestety np. na Netflixie nie ma żadnej listy produkcji, które się zaliczyło, nad czym ubolewam, na fb bywam za rzadko, by dodawać tam obejrzane rzeczy, więc takie notki też pomogą mi nie zapomnieć, co widziałam. Jestem też przekonana, że niektóre filmy na pewno się większości znane, a nawet obejrzane.

 

Se7en (1995), reż. David Fincher, USA, thriller/psychologiczny/akcja

svnWilliam Somerset oraz David Mills to dwaj detektywi, prowadzący sprawę brutalnych, dziwnych morderstw. Pierwszy z nich niedługo przechodzi na emeryturę, drugi natomiast ostatnio dołączył do ekipy. Choć na początku średnio się dogadują, tak na przestrzeni prowadzonej sprawy docierają się, tym bardziej że psychopata cały czas im się wymyka, będąc o krok przed nimi. Odkrywają, że zabójca kieruje się siedmioma grzechami głównymi.

Szczerze, ten film miałam obejrzeć miliony lat temu, właśnie ze względu na ciekawy aspekt morderstw, jednak umykał mi. Żałuję, że nadrobiłam ten film dopiero teraz, ponieważ uważam go za rewelacyjny. Może nie przepadam za Bradem Pittem samym w sobie, lecz aktorskiego kunsztu nie można mu odmówić, zresztą tak samo jak Morganowi Freemanowi. Tak czy inaczej intryga jest szczegółowo utkana, nie brakuje brutalności, co przydaje się w tego typu produkcjach, mamy gęstą atmosferę i brud miasta. Nie ma tu za wiele optymistycznych akcentów. I o ile całość trzyma w napięciu, tak sam koniec wbija w fotel. Tego typu finałów brakuje mi w thrillerach – szokujących, niespodziewanych, nie takich, jakich się oczekuje. Nie będę zdradzała szczegółów, gdyż Se7en to ten film, który naprawdę trzeba obejrzeć, bo jest rewelacyjny, niejednoznaczny, mięsisty, świetnie zagrany. Polecam z całego serca. Chyba mój ulubiony ze wszystkich tu opisywanych. To są w 101% moje klimaty.

W sieci pająka (2001), reż. Lee Tamahori, USA/Niemcy/Kanada, thriller/akcja

wscnpkAlex Cross to policyjny profiler, który zostaje zamieszany w zniknięcie córki kongresmena. Porywacz przechytrzył nawet ochronę, w tym agentkę Jezzie Flannigan, która z zapałem pomaga Crossowi rozwikłać tę zagadkę. Wszystko jest tym bardziej dziwne, że przestępca jasno daje do zrozumienia, by całą tą sprawą zajął się Cross.

Szczerze, trochę mnie film nudził. Ostatecznie wyszedł na plus, jednak chyba spodziewałam się czegoś innego, i to zupełnie (bo ja nie czytam fabuł często, co mnie gubi). Trochę wydawało mi się, że będzie to coś w stylu Se7en, jednak to zupełnie dwie inne produkcje, tym bardziej że ta jest na podstawie książek Jamesa Pattersona. Z tego, co mi wiadomo, o Alexie Crossie powstało całkiem sporo filmów, a pierwszą częścią W sieci pająka jest Kolekcjoner, który również mam w planach. Wracając jednak do samego filmu, ponownie mamy świetnego Morgana Freemana, jego partnerka tez niczego sobie, choć powiedziałabym, że z resztą drugoplanowych ról bywało różnie. Nie podobała mi się gra dziecięca. W sumie nie do końca wiadomo, o co chodziło porywaczowi, koniec jeszcze bardziej wszystko komplikuje, choć przyznam, że również mocno mnie zaskoczył. Okazał się niezwykle przewrotny oraz zakręcony, na pewno nikt nie oczekiwał tego, co tam się działo, dlatego finał zdecydowanie poprawia moją ocenę tej produkcji. Generalnie podobał mi się, ale zdecydowanie bez szału. Na pewno warto obejrzeć. Może po prostu spodziewałam się czegoś znacznie bardziej psychicznego jak w przypadku Se7en i stąd moje lekkie rozczarowanie. Także polecam czytać fabuły, dobra rada ode mnie.

Jojo Rabbit (2019), reż. Taika Waititi USA/Nowa Zelandia/Czechy, czarna komedia/satyra/dramat/wojenny

jjrbJohannes „Jojo” Betzler to niemiecki dziesięciolatek, zafascynowany Adolfem Hitlerem. Z tego też powodu jego matka zapisuje go do Hitlerjugend, gdzie chłopiec liczy na niezapomnianą przygodę. Wierzy, że wódz narodu to wspaniały człowiek, wizualizuje go sobie i tym sposobem Fuhrer staje się jego wymyślonym przyjacielem, co więcej – jedynym. Niestety, obóz, z którego Johannes wraca, okazuje się zupełnie różny od jego wyobrażeń, dodatkowo spotyka go tam nieprzyjemny wypadek. Po powrocie do domu sprawy chłopca się komplikują, tym bardziej że odkrywa tajemnicę własnego domu. Jojo, mimo młodego wieku, musi przewartościować swoje poglądy.

Zacznę od tego, że ten film jest tak specyficzny, że zdecydowanie nie polecam go każdemu, chociaż wydaje mi się, że powinno się go obejrzeć. Poza tym reżyserem jest Taika Waititi, którego lubię i to coraz bardziej. Waiti sam w sobie jest specyficzny i tworzy niecodzienne kino, więc tutaj również pokazał na co go stać. Jojo Rabbit to istny emocjonalny rollercoaster. Najpierw śmiejemy się z naprawdę świetnych scen, żartów, dialogów, by pięć minut później zalewać się łzami. Uwierzcie, na sali kinowej każdy śmiał się w tym samym momencie i płakał w tym samym momencie. Pełna sala i niemal wszyscy ocierający łzy, wow. Zarówno ze śmiechu, jak i smutku. Ten film jest cudowny i zmusił mnie do głębokiej refleksji na temat tego, jak podczas drugiej wojny ciężko miały dzieci i ich rodzice. Wchodzimy tu do świata chłopca, obserwujemy jego przemianę, jego radości oraz wielkie dramaty, wczuwamy się, rozumiemy, przywiązujemy. Dzieciak, który zagrał tę rolę, jest fantastyczny! Nie wiem, czy kiedykolwiek widziałam lepiej grające dziecko. Tak czy inaczej cała obsada jest po prostu cudowna, wszyscy nie dość, że pokazali kunszt aktorski, to dodatkowo ich role okazały się wspaniałe. Poza tym urzekł mnie Waiti, który sam częściowo jest Żydem i stwierdził, że do roli Hitlera (tak, reżyser grał Hitlera) nie będzie nic o nim czytał, bo dla niego to był dupek. Swoją rolą go wyśmiał, zresztą Jojo Rabbit wyśmiewa dość sporo, przy okazji poruszając głębokie tematy, zmusza do przemyśleń. Może jedynym dysonansem tutaj jest fakt, iż mamy śmieszną scenę, po sekundzie smutną, i po kolejnej znów żarcik, co nie pozwala przyswoić dramatu, jaki pojawia się na ekranie. Tak czy inaczej, mimo to uważam Jojo Rabbit za świetne, refleksyjne kino, szczególnie dla nastolatków.

W lesie dziś nie zaśnie nikt (2020), reż. Bartosz Kowalski, Polska, horror/slasher

wldnznGrupa nastolatków, uzależnionych od technologii, wyrusza na obóz, gdzie mają nauczyć się funkcjonować bez niej. W lesie rozbijają namioty, opiekunowie organizują im telefony, tablety oraz inne urządzenia, przygotowując im zajęcia, które tego nie wymagają. Jedna z grupek nastolatków – cicha Zosia, nerd Julek, piękna Aniela oraz wysportowani Bartek oraz Daniel ruszają w głąb lasu. Tam spotyka ich bardzo niemiła niespodzianka…

Dobra, polski horror to dla mnie sam w sobie oksymoron. Wiem, że takowe istnieją, ale nie ma co się oszukiwać, że nasz kraj horrorem nie stał i długo stać nie będzie. Zazwyczaj te produkcje są u nas marne i wyśmiewane – nie dziwię się. Jednak ten film to pierwszy polski slasher, i co jak co, trochę slasherów w swoim życiu widziałam. Wiem, że zdania są podzielone – albo W lesie… jest mocno krytykowane i oczywiście wyśmiewane, albo są pozytywne opinie i ludziom się w miarę podoba. Co tu dużo pisać – produkcja ta ma tyle wad, że szok, ale jak dla mnie posiada bardzo dużo uroku i zwyczajnie widzę, że reżyser chciał ten film nakręcić, wkładając tu dużo serca. Można odnaleźć tutaj ogrom nielogiczności, niemniej mamy fabułę poprowadzoną od a do z, wiemy, co i jak, nie zostajemy z niczym, co według mnie jest dość istotne w tego typu produkcjach. Mamy typowe wątki slasherowe – opuszczone miejsce; kogoś/coś, co zabija po kolei naszą grupkę nastolatków, jest seks, są stereotypowi bohaterowie, chociaż odnoszę wrażenie, że tu ten schemat trochę starano się przełamać, co dla mnie jest plusem. Aktorsko wypada według mnie dobrze, są ładne widoki, punkt wyjściowy filmu na czasie, można się zaśmiać, przestraszyć raczej nie, bo historia „morderców” jest chyba tu najsłabszym ogniwem. Są całkiem niezłe efekty (ok, w jednym miejscu niekoniecznie) co mnie miło zaskoczyło. Ogólnie istnieją opinie czy przewidywania, że ten film, jako pierwszy polski slasher, jakby trochę przełamał temat tabu odnośnie horrorów w Polsce. Może właśnie ta produkcja skłoni innych do tego, by jednak zaczęto stawiać u nas również na kino gatunkowe i znajdzie się tacy, którzy zaczną tworzyć polskie horrory na poziomie. Nie twierdzę, że W lesie dziś nie zaśnie nikt to film wybitny, jak wspomniałam, istnieje tu dużo słabych, nieprzemyślanych elementów, ale inteligentne slashery mogę policzyć na palcach jednej ręki, serio. To kino ma dostarczyć rozrywki i chyba na to się stawia. Ja daję polskiemu slasherowi plusik i polecam obejrzeć, bo nie ma tu nic odkrywczego, strasznego czy wybitnego, ale dla mnie była to naprawdę miłe dwie godziny.

Autopsja Jane Doe (2016), reż. André Øvredal, Wielka Brytania/USA, horror

tpsjajdDwóch patologów – ojciec oraz syn – próbują ustalić okoliczności śmierci niezidentyfikowanej młodej dziewczyny. Mimo że w rodzinnej kostnicy przebywają tylko oni, coraz mocniej odnoszą wrażenie, że nie są sami. A potęguje się ono wraz z odkrywaniem kolejnych mrożących krew w żyłach tajemnic śmierci tytułowej Jane Doe.

(Jane Doe nazywa się w Ameryce niezidentyfikowane osoby, przypominam.)

Sama nie wiem, skąd wzięłam tyle odwagi, by to obejrzeć i to w nocy! Ale udało się. I nie żałuję. Horrory mają to do siebie, że dość często bohaterowie najzwyczajniej w świecie nie wykazują się posiadaniem logicznego rozumowania. Ten kameralny film jednak tego uniknął, mamy tak naprawdę jedynie dwóch bohaterów, którzy dumają, dlaczego martwą dziewczyną napotkał okrutny los. Nie dają się ponieść wyobraźni w środku nocy z trupem w małym pomieszczeniu, choć mimo wszystko całość kończy się dość tragicznie. Nie jest to długi horror, ale zdążyłam polubić ojca i syna, którzy się dogadywali, co było miłe dla oka. Nie ma tu nachalnych jumpscare’ów, nie jest przeciągnięty do granic możliwości, historia, wbrew pozorom jest wciągająca i opowiedziana w niecodzienny sposób, bo tak naprawdę odkrywamy ją dzięki obrażeniom tajemniczej Jane Doe. Nie zrozumcie mnie źle – ten film zdecydowanie miał klimat, ale strach odczuwałam bardziej po samym seansie, kiedy poszłam spać. Autopsja Jane Doe podobała mi się, naprawdę, może dlatego, że bardzo rzadko oglądam coś o duchach czy zjawach, bo to nie na moje nerwy, jednak jeśli ghost story serwowane byłoby w taki sposób, to sądzę, że częściej bym się przełamywała. Jeśli ktoś nie widział to naprawdę polecam, o ile nie boi się zmor tak jak ja. :P Chociaż uwierzcie, „zmora” jest tu dość przewrotnym określeniem.

Lekarstwo na życie (2016), reż. Gore Verbinski, Niemcy/USA, thriller psychologiczny/horror

lknzLockhart to karierowicz, który zrobi bardzo dużo, by odnieść sukces. Dlatego mimo niechęci do wykonania zadania, zgadza się jechać do ośrodka odnowy biologicznej, by odebrać stamtąd swojego szefa, Pembroke’a. Pech sprawia, że młody mężczyzna odnosi wypadek, a ośrodek jest na tyle uprzejmy, by zająć się nim. Lockhart powoli odkrywa, że luksusowe miejsce w Alpach Szwajcarskich skrywa mroczne tajemnice.

Nie przypominam sobie, by jakiś film wywołał we mnie taką wściekłość jak ten. Przejdę do sedna – cała produkcja jest długa, skrupulatnie zrealizowana, mroczna, ciężka, doskonała, mimo tempa wciągająca, podziwiamy piękne widoki i świetne aktorstwo. I co? I wszystko zepsuli samym końcem, ostatnimi piętnastoma czy dwudziestoma minutami, które zrujnowany kunsztowny obraz. Nadal w to nie wierzę. Z niepokojącego thrillera zrobili z tego horror dla kretynów. Nie dość, że efekty w ostatnich minutach były kiepskie, to jeszcze całe rozwikłanie tak skomplikowanej intrygi jest zwyczajnie głupie. Jakby finał kręcił ktoś zupełnie inny. Odbiór tej produkcji jest skrajnie różny i wcale się nie dziwię. Dla mnie są tu same plusy, naprawdę mi się podobało, ta historia była taka, jaka miała być, tak mi się wydaje, do samego wyjaśnienia. Jakby ktoś machnął na to ręką, „a dobra, niech będzie, bo nie wiem jak to skończyć”. Tak zmarnować film to już jest wyższa sztuka. Nie wiem, czy polecam, bo można się zirytować. Najpierw zachwyt, napięcie, a potem: bum! Nie. Jak w życiu, najpierw się cieszysz, a i tak jak zwykle wychodzi lipa. Nawet jak to piszę, to jestem zła.

Irlandczyk (2019), reż. Martin Scorsese, USA, gangsterski/biograficzny/akcja

rlndczFrank Sheeran, choć na początku drobny przemytnik, z czasem zamienia się w grubą rybę świata mafijnego. Wszystko dzięki nieplanowanemu spotkaniu Russella Bufalino, a potem przyjaźni z Jimmym Hoffą. Historię poznajemy poprzez wspominki Sheerana.

Zacznę od jedynego minusa – film trwa trzy i pół godziny. Dla mnie, niezależnie jak produkcja nie byłaby oszałamiająca, jest i będzie to męczarnia. Oglądałam to chyba kilka dni po 20 minut, bo czas mnie naprawdę odstraszał, mimo że Irlandczyk mi się podobał od początku. Jednak przechodząc do reszty – głównych aktorów chyba nie trzeba nikomu przedstawiać (Rober De Niro, Al Pacino, Joe Pesci), cudowny koncert aktorski. Tę produkcję można obejrzeć dla samych odgrywających. Było troszkę śmiechu, ja się też wzruszyłam, sporo strzelanin, ten amerykański klimat mafii z tamtych lat. Co prawda nie mam zielonego pojęcia, jak naprawdę funkcjonują grupy przestępcze, niemniej ten film ukazał to bardzo przekonywująco, i na pewno wpływ na to ma fakt, że oparty jest na prawdziwych wydarzeniach – Irlandczyk rzeczywiście istniał. Nie ma tu przerostu formy nad treścią. Nie wiem, jak to ładnie ująć, ale uważam Irlandczyka za film spełniony, pełny w tym, co miał pokazywać. Myślę, że spodoba się nie tylko koneserom gangsterskiego kina.

Dom w głębi lasu (2012), reż. Drew Goddard, USA, horror/slasher

dwglCzwórka przyjaciół udaje się do domku położonego w lesie. Liczą na odpoczynek, jednak miejsce skrywa straszliwą tajemnicę, w którą oni na swoje nieszczęście zostają zamieszani.

Fabuła, która pasowałaby do większości horrorów, nie oszukujmy się. Pustka, mroczny las, czworo samotnych młodych ludzi, liczących na imprezkę i seks, potwory, krew na ścianach. Mamy tu wszystko. Bardziej sztampowo się nie da! Ale… czy na pewno? Szczerze, przysiadłam do tego filmy tylko dla Chrisa Hemswortha (który notabene gra sztampową rolę…), zresztą prosty jak cep slasher zawsze dobrze wchodzi. Pierwszą połowę obśmiałam – nie, dla mnie nie ma tu nic strasznego, ale tak, są potwory. I ok, bo ja je traktuję z góry jak komedie, nie wymagając oprócz jakiejś gry aktorskiej kompletnie niczego. Ale byłam w szoku, jak ten film jest przewrotny. Tak, jest sztampowo, ale… zamierzenie. Ewidentnie twórcy tego działa specjalnie zebrali do kupy wszystkie elementy, jakie znajdują się w każdym horrorze, złączyli je w jedno i wyśmiali. Ta produkcja wbrew pozorom jest błyskotliwa! Tak właśnie odbieram ten film. Dla mnie to świadomy pastisz horroru. Tam działo się tyle surrealistycznych rzeczy (nie mówię o potworach), że byłabym mocno zdziwiona, gdyby twórcy uważali to za dzieło poważne. Szczerze, poczułam powiew świeżości! A najlepsze jest to, że oprócz jednej sceny, która chyba jednak nie miała być zabawna, ten film MIAŁ sens, co się w tego typu produkcjach nie zdarza. Trzeba mieć naprawdę wyobraźnię, by zrobić coś takiego. Oczekiwałam kretynizmu, dostałam całkiem ciekawe spojrzenie na przeciętny horror. Polecam, bo film to bardzo dobra, acz nie ma się co oszukiwać – prosta rozrywka. Plus Hemsworth bez koszulki.

Zew krwi (2020), reż. Chris Sanders, USA/Kanada, przygodowy

zwkrwBuck to wielki pies, żyjący w wielkim domu. Choć sprawia problemy, wszyscy go kochają, jednak jego szczęście nie trwa długo. Zostaje on porwany oraz sprzedany. Trafia na całą gamę osób, spotyka go wiele przygód, aż ostatecznie odnajduje swoje miejsce na ziemi.

Dobra, jak pierwszy raz zobaczyłam zwiastun, to zastanawiałam się, jaki sens jest robienie komputerowego psa. Potem uznałam, że może to oszczędzi takim osobom jak ja płaczu – bo jak widzę zwierzątko w filmie, płaczę z automatu. Otóż nie. Film trwa około dwóch godzin, a od dziesiątej minuty seansu zaczęłam płakać i przestawałam tylko na chwilę. Wyszłam z kina zapłakana, jakby zawalił mi się świat. Owszem, podobała mi się historia, zrealizowana z rozmachem, Harrison Ford zawsze w cenie, scenerie były przepiękne i niesamowicie cieszyły oko. Mimo że o psie, to działo się sporo i nie można się było nudzić. Jednak to nie na moje nerwy. Ja zwyczajnie nie mogę patrzeć na cierpienie zwierząt. Chciałam być twarda, ale nie potrafiłam. Reasumując, film polecam, bo jest ciekawą przygodówką, ale jak ktoś ryczy patrząc na słodkie kotki, to nie, niech nie ogląda, bo się odwodni.

Lśnienie (1980), reż. Stanley Kubrick, USA/Wielka Brytania, horror

lsnnJack Torrance boryka się z problemem alkoholowym, jednak dla synka oraz żony postanawia wziąć się w garść i idzie mu całkiem nieźle. Dostaje też dobrą propozycję pracy jako opiekun hotelu Panorama w trakcie martwego sezonu, podczas którego będzie tam tylko on i jego rodzina. Gdy Torrance’owie przeprowadzają się tam na czas zimy, okazuje się, że Panorama skrywa bardzo mroczne tajemnice, które na początku widzi tylko mały Danny, posiadający niezwykły dar.

Gdyby wszedł tu jakiś wielki fan horroru, to chyba by mnie zjadł za to, co napiszę, ale mi się ten film tak strasznie nie podobał, że aż samej mi w to trudno uwierzyć, gdyż przecież zarówno film, jak i książka są kultowe. A może to też kwestia tego, że książka również mi za bardzo nie przypadła do gustu. Tak czy inaczej, są w tej produkcji dwa przeogromne plusy – zacznę od scenerii. Po prostu hotel, jak i góry, i wszystko wokół są absolutnie przepiękne. Jest tu klimat, ewidentnie. Świetnie się na to patrzyło. Drugim, ważniejszym plusem jest Jack Nicholson. Nie lubię go, ale talent ma… Nie bałam się w tym filmie żadnych straszydeł, ale jak Jack Torrance wpadł w obłęd i pokazywali jego twarz, to przechodziły mnie dreszcze. Szaleństwo w jego oczach jest nie do opisania. Uważam, że nie istnieje nikt, kto zagrałby takiego psychola lepiej. No, ale reszta? Aktorka grająca jego żonę mnie niemiłosiernie drażniła, chociażby dlatego, że… nie grała? Dla mnie to poziom paradokumentów, jakby czytała tekst za kamerą. Dzieciak ujdzie. Jest jeszcze jedna postać, moja ulubiona, ale tak ją tu potraktowali, ze szkoda gadać. Reszta to aktorzy na chwilę, więc nie ma o kim wspominać. Wydaje mi się, że jakby kompletnie zignorować jego syna oraz żonę, nie wrzucając tu duchów, a skupiając się na samym szaleństwie bohatera, to mogłoby wyjść znacznie, znacznie lepiej, choć wtedy nie byłoby to na pewno adaptacją książki Kinga, która i tak jest moim zdaniem potraktowania dość swobodnie. Filmu nie polecam, równie dobrze można skompilować sceny z Nicholsonem – szaleńcem i wyszłoby o niebo lepiej. (Na potrzeby notki właśnie przeczytałam, ze film oraz główna aktorka byli nominowany do Złotych Malin XD nie dziwi mnie to…)

6 Underground (2019), reż. Michael Bay, USA, akcja

6grndKim jest One? Kimś, kto nie żyje, a jednak psuje plany kryminalistom. Wraz z piątką innych osób, które uważane są za zmarłe, podejmuje się zadań, które mają pomóc ludziom poszkodowanym, by na świecie zapanowała większa sprawiedliwość.

Na pewno każdy zna to uczucie, kiedy czyta fabułę filmu i wie, że musi to obejrzeć. Potem ogląda trailer i jest podekscytowany, wierząc, że to będzie coś. A po seansie pluje sobie w brodę, że zmarnował czas. U mnie tak jest z tym filmem. Bardzo podobały mi się miejsca, w którym kręcono, jak również sekwencje akcji, nowoczesność broni, jaka została tu wpleciona. I to tyle. Nic więcej. Sama fabuła mogła oferować tak wiele… daje jednak mało. Z bohaterami się nie da zżyć, mają po jednej cesze i tyle. Jest tu też kilka głupotek, których dokładnie nie pamiętam, jednak podczas oglądania miałam takie: co? Ten film to tak strasznie niewykorzystany potencjał, że to boli. Dodatkowo główną rolę gra tu niby Ryan Reynolds… Serio go uwielbiam, i jako aktora, i osobę, ale wpadł w błędne koło grania Deadpoola, tyle że bez przebrania. Ten sam cięty humor, ten sam ton głosu, te same ostre jak brzytwa riposty, i wszystko inne. Trochę to nudne. Szkoda. Tak czy siak nigdy już do tej produkcji nie wrócę, męczyłam się strasznie, końcówka ujdzie, ale chyba tylko i wyłącznie dlatego, ze była bardzo widowiskowa, bo czy miała sens, to nie jestem pewna.

Death Note (2017), reż. Adam Wingard, USA, fantasy/horror

dthnLight Turner to zdolny uczeń, w którego ręce pewnego dnia trafia tajemniczy notatnik. Chłopak nie ma pojęcia, do czego on służy, po co mu on, ale udaje mu się odkryć mroczny sekret zeszytu. Tym samym do jego życia wkrada się bóg śmierci, Ryuk.

Pisząc to, mam facepalm. Ta amerykańska adaptacja japońskiej mangi oraz anime nigdy nie powinna powstać. Gdy to ogłosili, miałam złe przeczucia. Miałam nigdy tego nie ruszać, bo wiedziałam, że będzie źle. Dodatkowo bardzo lubię i mangę, i anime, oraz pierwsze filmy fabularne Death Note. Także wiem, co z czym się je. I to nie bardzo jest zjadliwe. Po obejrzeniu mogę śmiało stwierdzić, że moje obawy się sprawdziły – ten film nie powinien powstać. Tu nie było krzty sensu ani krzty zaangażowania ze strony aktorów. Tu nie było niczego, nawet efektów specjalnych. To było głupie. Light nie był lightowaty, L nie był L’owaty, a Ryuk ryukowaty, co mnie najbardziej boli, ponieważ uwielbiam boga śmierci. Nie dość, że nie wiadomo po co tutaj był, to jeszcze skrzywdzili go fizycznie. Wyglądał jakby na coś zachorował. Nie przypominał żadnego Ryuka, jakiego widziałam. Efekty były gorsze niż w pierwszych japońskich filmach z 2006. Ta produkcja to porażka, na szczęście była krótki. Powinnam uznać, że to komedia, ale już się zmiłuję… Całe szczęście w nieszczęściu, że kilka minut po obejrzeniu się go nie pamięta i nie zostaje trauma. Jedynym plusem, jaki tu widzę, to że człowiek nie miał czasu na myślenie, bo upchali akcji tyle, że aż podziwiam. Dopiero po wszystkich nachodzi refleksja, że po prostu NIE.

Młodzi gniewni (1995), reż. John N. Smith, USA, dramat

mldgnwLouanne Johnson, była marines, postanawia obrać karierę nauczycielki. Trafia więc do jednego z amerykańskich liceów, gdzie staje się wychowawczynią jednaj z klas. Już na dzień dobry kobieta, choć pełna zapału, przekonuje się, że dostała klasę wyrzutków, członków ulicznych gangów, dzieciaków z ogromnymi problemami, którzy traktują nauczycieli niczym wrogów. Mimo że Louanne pragnie się z początku poddać, tak ostatecznie swoimi własnymi metodami powoli przekonuje do siebie trudną młodzież.

Nie mam pojęcia, czy ktoś nie zna tego filmu, wydaje mi się to mało prawdopodobne, uważam tę produkcję za klasykę. Widziałam ten film nie raz i gdy ostatnio go obejrzałam, nadal podoba mi się tak samo. Jest cholernie smutny, bo wbrew pozorom nie kończy się szczęśliwie. Jest tu poruszony problem młodzieży z poważnymi problemami, ale także pokazanie, jak źli nauczyciele czy dyrektorzy sami z siebie mogą skrzywdzić dzieciaki, którym trzeba pomóc. Bardzo podobało mi się, jak Johnson budowała z klasą relacje, cudownie się to oglądało. Mimo wszystko nie dało się nie lubić jej wychowanków, którzy ostatecznie próbowali wyjść z bagna i zdać do następnej klasy, co pokazuje, że czasem warto dać przegrańcom szanse. Mnie film wzrusza za każdym razem i porusza naprawdę ważne tematy, szczególnie jeśli chodzi o amerykańskie licea. Zdecydowanie da się tutaj popłakać, więc jeżeli ktoś chciałby obejrzeć coś naprawdę na poważnie, to sądzę, że to idealna propozycja.

Anihilacja (2018), reż. Alex Garland, USA/Wielka Brytania, sf

nhlcjLena to pani biolog, wykładająca na jednym z uniwersytetów, która nie potrafi sobie poradzić z utratą ukochanego męża. Dręczy ją to tym bardziej, że nie ma pojęcia, co się z nim stało – zwyczajnie nie wrócił z misji, o której nie powiedział jej ani słowa. Pewnego dnia jednak Kane staje w progu ich domu i kobieta nie wierzy we własne szczęście. Niestety, nie trwa ono długo, gdyż mężczyzna okazuje się poważnie chory, a w drodze do szpitala zostają porwani…

Ciężko mi coś konkretnego powiedzieć o tym filmie, bo mi się nie podobał, ale z drugiej strony podobał. Były tu elementy wyraźnie dobre, jak i strasznie słabe. Jestem rozczarowana, ponieważ Garland reżyserował Ex Machine, która była rewelacyjnym filmem według mnie. A to? Przeciętniak. Natalie Portman bardzo dobrze obrazuje swoją postać, efekty specjalne godne są uznania, są też momenty creepy, które wywoływały gęsią skórkę. Fabuła w sumie ciekawa, ale w gruncie rzeczy niewiele z niej rozumiem nawet teraz, może to kwestia, że nie pojmuję fizyki. Piękne widoki oraz kolory. Minusy? Sceny, które są tu nie wiadomo po co, nie wnosząc kompletnie nic, tylko drażniące. Bohaterki, które są, a potem nie ma, no i po co? Mogły mieć chociaż jakiś charakter, a nie istnieć tylko po to, by Lena nie musiała iść sama na wyprawę. Może spodoba się to osobom, które płaczą, że jest mało kobiet w kinie. Koniec jest pozbawiony sensu i dla mnie niczym nie poparty. Punkt kulminacyjny jedno, sama końcówka przeczy temu, co wydarzyło się w tym punkcie. No i nie dowiadujemy się w ogóle, z czym wszyscy walczyli przez cały seans. Może nie lubię kawy na ławę, jak dostaję interpretacyjną łopatą w twarz, lecz nie lubię, jak w ogóle nie mówią o co chodzi. Cóż, jestem przekonana, że znajdą się fani, bo film da się obejrzeć, jest też nieoczywisty, ale chyba aż za bardzo… Ja do tej produkcji nie wrócę.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s