Seria Skośnooka cz. 2: Lee Jun Ki

Ale dziś był dzień… tak, a Massu jest maślany… no nic to. xD
Grunt, że naszła mnie ochota na The King and The Clown… w takich momentach przeklinam mój net za to, że mnie nie kocha. Życie jest takie okrutne. Ale ogólnie to życie jest piękne, czasem ma się tylko doła bo tak, dla zasady po prostu. A jeśli jeszcze dowiaduje się miliona faktów o swoim ulubieńcu i się o nich pisze, to w ogóle można się rozerwać. A aktualnie mam fazę na JunKiego… miłość odżyła na nowo, a ktoś mi marudził, że biedny spadł z piedestału na rzecz niejakiego MinKiego… gdzie tam, obaj chudzi, mieszczą się na jednym miejscu. xD
I zmieniłam nagłówek z NU’EST… na NU’EST, bo tamta fotka była po prostu smutna, a teraz jest idealnie =3
Jeszcze chyba nigdy nie dałam notki po notce, ale musi być ten pierwszy raz. No cóż, JunKi nie daje mi spokoju, więc musiałam się wyżyć, i tak mamy część drugą wspaniałej zabójczohardkorowoamitnejseriiulubieńcówwtf, ale to już jest istny referat, więc nie wiem, ile osób doczyta, bo to naprawdę jest DŁUGIE. Ale dla niego warto <3
Informacje brałam, głównie stąd, a resztę czytałam kiedyś i gdzieś… nie pamiętam gdzie, więc. xD Zresztą chyba będzie widać, co jest plotką, a co prawdą :)
PS. Właśnie zauważyłam, że ten wpis to moja równiutka notka numer 100! Yay~! xD (JunKi to ma fart, albo ja xD)

***

Lee Jun Ki (이준기) – 17.04.1982 r.

Auykfjfdlgjdffdk – aktualnie tak może określić moją fazę na tego pana, bo ta faza wróciła ze zdwojoną siłą. Dlaczego? A bo ja wiem. To JunKi, po prostu.
A w sumie to może wiem. Ale tak się zastanawiam, czy interesowałam się JunKim przed tym, jak poszedł do wojska… w sumie to chyba raczej tak, ale mniejsza z tym, grunt, że dawno z niego wyszedł (16.02.2012) i od razu się nam chłopak do roboty wziął, a tę robotę można podziwiać w Arang and the Magistrate – czyli w najnowszej dramie JunKiego.

A jak już jestem przy AranguArang w HD to coś, nad czym warto siedzieć do 4.00 w nocy i pastwić się z 1,6 GIGA (!) na odcinek. Cóż, ja na moich ulubieńcach nienawidzę oglądać pikseli, na JunKim również, więc. Poza tym Arang to drama poniekąd historyczna, chociaż może bardziej nazwałabym ją kostiumową, gdzie pełno elementów fantasy, gdyż drama ta traktuje o duchach (główna bohaterka to duch o imieniu Arang), a te elementy fantasy znacznie lepiej ogląda się w dobrej jakości. Serio! Teraz już nikt mnie nie zmusi do oglądania tego w MD, ponieważ w HD człowiek chce więcej…

Ale znów zeszłam z tematu. Cóż, jak już jestem przy tej dramie, to może i o niej powiem, co by na początku powiedzieć o rzeczach niemiłych, by potem już tylko popaść w ochy i achy nad JunKim. Bo tak na dobrą sprawę Arang to jego pierwsza drama po dwuletniej przerwie (był w wojsku)… mam dziwne i niemiłe uczucie, że przez tą przerwę wybił się z rytmu. Dramę się ogląda dobrze, JunKiego dziwnie. Odnoszę wrażenie, że w Hero był takim samym bohaterem… różnica polega na tym, że w Hero nie latał w błękitnym szlafroku i okropnym kapeluszu. xD Wiem, to karygodne, że znalazłam sobie taki problem, no ale to chyba jedyny, więc nie ma się czym martwić. I tak pewnie pod koniec dramy o tym zapomnę~

Ale tak na dobrą sprawę, JunKi ma znacznie więcej zalet niż wad (co za stwierdzenie, wow, odkrywcze). A właściwie więcej dobrych stron, chociaż to też idiotyczne stwierdzenie, w końcu to gwiazda, więc raczej tych złych pokazywać nie będzie. Chociaż przyznawanie się do tego, że się lubi pić (bo się przyznał, że to go odstresowuje)… Może jednak powiem o tym, co mnie w nim urzekło, i to nie tylko aktorstwo (bo jest dobre!) i głos, ale… tadam! Początki kariery.

Człowiekowi się czasem nie chce wierzyć, że gwiazda mogła/może mieć w życiu ciężko. W końcu taki JunKi, nie dość że sławny i bogaty, do tego zabójczo przystojny i zdolny – no czego więcej można chcieć (to znaczy fanka chce jego, ale to tak na marginesie). No i na pewno jego życie jest usłane różami, i na pewno było… To niby taka dygresja, ale warto sobie odpowiedzieć na pytanie, jak sobie wyobrażamy życie gwiazdy. Cóż, a propos JunKiego – byłam pewna, że tacy to mają z górki… otóż nic bardziej mylnego, bo on miał bardzo pod górkę, a właściwie wręcz pod Mont Everest.

Zacznijmy od tego, że chciał być programistą komputerowym. I wyobraźcie sobie tę dumę rodziców… i nagle bach! JunKi idzie na „Hamleta” (sztukę teatralną – przyp. autorka), po którym stwierdza, że chce być aktorem. Tatuś się chyba zdenerwował na synka, gdyż… gdyż spuszczenie łomotu 19-latkowi to zdecydowanie coś dziwnego. I w sumie bardziej dziwi mnie fakt, że JunKi tak się dał… Jednak i taki argument do niego nie przemówił, bo chłopak postanowił spełnić marzenie za wszelką cenę. Za to samo podziwiam, ale to dopiero początek…

Bo już jak „przekonał” rodziców, powiedzmy, to musiał sam sobie radzić, bo raczej wsparcia nie miał. Co prawda został wysłany do szkoły aktorskiej (chciał studiować aktorstwo na Seulskim Uniwersytecie Sztuki), gdzie miał się przygotowywać na studia po prostu, dostał też wsparcie finansowe, ale ono miało starczyć na jakiś czas… tym czasem (!) nasz kochany JunKi przetrwonił je znacznie szybciej na przyjemności życiowe, a nie na jakieś tam czesne. xP Na pewno nikt z nas nie wyobraża sobie tego szczęścia jego rodziców…
No, ale wyjątkowym poczuciem humoru wykazał się jego ojciec, gdy się o tym dowiedział. Dał mu pieniądze, ale… w postaci drobnych monet (w słoju!) i kazał nimi płacić synkowi czesne za szkołę. JunKi zrozumiał wtedy swój błąd, ale to wcale nie ostudziło jego chęci do bycia aktorem.

Tata stwierdził, że może spróbować realizować marzenie, ale już za własne pieniądze. Problem polegał na tym, że osoby około 19-stki nie mogły jeszcze legalnie pracować (wtedy). Więc żeby dorwać jakąś pracę dorywczą… sfałszował datę urodzenia. xD Nie podejrzewałabym go o takie akcje, ale czego się nie robi, by przetrwać w tym świecie… A wracając do tematu – dzięki pracom zarabiał około 300$ – 350$ miesięcznie. Wszystkie pieniądze przeznaczał na aplikacje, by gdzieś się dostać, ale miał pecha, bo nigdzie go przyjąć nie chcieli. W końcu spróbował z tym Seulskim Uniwersytetem Sztuki, ale tam też go nie chcieli, ponieważ nie miał żadnego doświadczenia (a mnie się wydawało, że od tego są studia, by to doświadczenie nabyć xP). W międzyczasie uczył się tańca i akrobatyki. Jednak za wszelką cenę chciał być aktorem, więc nie słuchał rad ojca odnośnie studiów…

Opuścił dom na dobre i zamieszkał w Seulu, gdzie przez dwa miesiące siedział u swojego przyjaciela (który miał w mediach znajomości), Roberta Holly’ego (poznali się na planie jakiegoś programu, gdzie ten pan debiutował). W końcu JunKi inteligentnie się zorientował, że nie może mieszkać u niego wiecznie. Dlatego chłopak zamieszkał na dachu budynku, gdzie pracował. Jednak gdy wdał się w jakiś konflikt (JunKi, jakiś ty porywczy!) z klientem tego miejsca, to szef kazał mu po prostu odejść. No i odszedł z odprawą wartą jakieś 150$, które wykorzystał na czesne. I w sumie dobrze, że nie miał więcej pieniędzy, bo dostał kilka fałszywych ofert, na które nie było go stać… No bo jak by było, zmarnowałby resztę pieniędzy…

A że nie było go stać na jakieś lekcje aktorstwa czy coś, to w Internecie znalazł ludzi, którzy byli w podobnej sytuacji i razem zbierali się, by ćwiczyć. Jego celem był ten Seulski Uniwersytet Sztuki, więc dawał z siebie wszystko. Uznał jednak, że jeśli tym razem mu się nie powiedzie, to po prostu posłucha ojca… ale (całe szczęście) los się do niego uśmiechnął i zobaczył swoje nazwisko na liście przyjętych. Doczekał się też (po dwóch latach) pochwały od rodziców, z którymi mógł się wreszcie zobaczyć. :)

Ale to nadal początek. :P Bo to, że się dostał na studia, niczego mu nie zagwarantowało… chodził na 50 przesłuchań rocznie i odpowiedź zawsze była ta sama, czyli „Nie”… Zgłaszał wszędzie, gdzie się da, ale scenariusz się powtarzał (ale on uparty…), aż została jedna agencja…

Na przesłuchanie, na które JunKi się wybrał, dotarła również ekipa ze stacji SBS. Kręcili oni program „Real Korea”, tym razem o nowicjuszach, więc tak oto 27.07.2001 został wyemitowany program z Lee Jun Ki!

Zdjęcie z programu „Real Korea” z 27.07.2001

Manager dał mu wtedy wizytówkę i powiedział, że jak coś będzie, to się odezwie. A że się nie odezwał, to JunKi wziął sprawy we własne ręce i sam się tam przeszedł. Ale i na miejscu okazało się, że nie ma żadnych ofert dla nowicjusza. Jednak po miesiącu manager do niego zadzwonił i zaproponował mu pracę jako model.

Jego debiut, to, o ironio, debiut w filmie japońskim pt. „Hotel Venus”. Reżyser zobaczył jego profil i stwierdził, że pasuje do roli, a że przeszedł pomyślnie casting, to otrzymał tę rolę. Jednak jak na złość został też przyjęty do roli w koreańskim filmie, i to w tym samym czasie. Ale nasz Koreańczyk zdecydował się na Japonię i wybrał „Hotel Venus”… Cóż, i w tym momencie chciałoby się rzec, że JunKi to dziecko wojny i rozpaczy, ponieważ pojechał do Japonii, a jego agencja go po prostu olała… miał przy sobie jedynie 200$ i musiał sobie radzić zupełnie sam. Tym bardziej, że jego manager po jednym dniu w Japonii, wrócił sobie do Korei, więc chłopak mógł liczyć tylko na siebie… Chociaż może nie do końca, bo japońska ekipa zlitowała się nad nim, wynajęła mu pokój i dawała na jedzenie. A Lee Jun Ki się na to godził, ponieważ… ponieważ jego agencja miała kłopoty i nie chciał im przysparzać więcej problemów (dobry samarytanin, wtf?). No, ale że z aktorstwa się utrzymać nie mógł, to brał sobie prace dorywcze (w Japonii rzecz jasna), żeby móc wszystko opłacać… A kiedy manager łaskawie go w tej Japonii odwiedził, to sobie wyszli na miasto i wszystko stawiał JunKi (aż mi się nóż w kieszeni otwiera, tym bardziej, że chyba nadal ze sobą pracują…).

Ale przyszedł czas na powrót do swojego kraju. Wtedy też JunKi przez przypadek dowiedział się o nowym filmie The King and the Clown. Poinformowało go o tym dwóch reporterów (spotkanych przypadkowo), którzy po prostu zapytali, czy interesuje go rola w tym filmie i czy się może do niej przygotowuje… Najwyraźniej zaciekawiło to JunKiego, bo następnego dnia przeszedł się na miejsce castingu i przeczytał scenariusz. Chętnych było wielu, a samo przesłuchanie dzieliło się na trzy części, ale uwaga – do JunKiego w końcu (!) uśmiechnęło się szczęście i dostał w filmie jedną z głównych ról… A sam film okazał się wielkim sukcesem, co otworzyło mu (w końcu!) drogę do kariery.

Lee Jun Ki jako Gonggil z „The King and The Clown”

No i do teraz, jak wiadomo, wystąpił jeszcze w trzech filmach. Miał w czterech, gdyż kręcił zdjęcia do filmu Grand Prix, jednak w tym czasie wezwano go do wojska (w którym nawet DJ’em był, lol)… i przez złamanie kontraktu musiał płacić karę twórcom filmu. Jakby sam się prosił do wojska… No ale… No ale miał też grać w dramie Faith (chyba teraz leci, z innym aktorem), ale tego już nawet nie zdążył zacząć, właśnie przez WOJSKO… wiele razy już odwoływał się od tego obowiązku, ale jak widać przyszła kryska na Matyska, i JunKi jest już na szczęście po wszystkim. Uff.

Jeszcze do tego wszystkiego dodałabym problemy z agencją. Bo okazało się, że agencja Emperor i Mentor… mu nie płaciły… a że JunKi ma dobre serce, to się skarżyć nie chciał… Dopiero po roku udał się z tym do sądu. Cóż, lepiej późno niż wcale, prawda? Nazwę go chyba Chodząca Anielska Cierpliwość.

Z ciekawostek przyrodniczych mogę jeszcze dodać, że JunKi miał swego czasu problemy… z blogiem, bo napisał tam coś mało pochlebnego o Japończykach z dopiskiem „Japonia to mój kraj”. No cóż, w końcu tam zaczął… Przepraszał za to (nie za to, że nazwał Japonię swoim krajem, ale sama do końca nie wiem, o co chodzi, ale to miał być żart w każdym bądź razie), ostatecznie zamknął bloga, bo się posypało masę negatywnych komentarzy. No cóż. Życie jest okrutne, on to wiedzieć powinien…

Poza tym… oczywiście JunKi to chodząca brzydota. A jeśli nie brzydota, to ma kompleksy jak na Azjatę przystało… Bo ma grube uda – sam tak stwierdził, dawno temu, więc mam nadzieję, że już wyzbył się tego kompleksu, bo kiedy się o tym dowiedziałam, to mało własną śliną się nie zakrztusiłam. Skoro on ma grube uda, to myślę, iż ja w ogóle w lustro patrzeć nie powinnam. Ale! Ale ważniejsze od ud są oczy. Małe, bardzo skośne, rzekomo utrudniające wyrażanie emocji podczas gry. No cóż… fakt faktem, czytałam, że w Azji popularne są operacje oczu (ach te podwójne powieki :P), a że popularne, to i często wykonywane, szczególnie wśród gwiazdek… I że z typowymi skośnymi oczami to ciężko, a tak przynajmniej sam JunKi twierdzi. xD Chociaż może twierdził? Bo odkąd odniósł sukces, to swoje oczy uważa za zaletę… i traf tu za takim. Tak czy siak, chwała mu, że jego jedyna operacja oczu to operacja korygująca wzrok, nie sam wygląd oczu. Cóż, ja to tam nie wiem, ale ostatnio stwierdziłam, że on ma właśnie bardzo ładne, kocie oczy… Także mam ogromną nadzieję, że JunKi już dawno tego typu kompleksów nie ma. Innych też nie, oczywiście, mam nadzieję…

A teraz kwestia, myślę, że kwestia dość delikatna i kłótliwa… A mianowicie uroda JunKiego. Na dobrą sprawę nie chodzi TYLKO o jego urodę, ale ten pan uznawany jest za tzw. „flower boy”. Czyli pięknego chłopca… z koreańskiego to będzie kkotminam: kkot – kwiat, minam – przystojny. Czyli po prostu piękny mężczyzna. Hmm… przyglądając się zdjęciom JunKiego z filmu The King and the Clown, gdzie JunKi jest… po prostu piękny, faktycznie można tak uznać. Długie włosy, tajemnicze spojrzenie, delikatna cera, rysy… W porządku. Ale ja, jako fanka, nie uznałabym tego za fakt, iż on naprawdę jest PIĘKNY. Nie jest piękny, był piękny w filmie… Nie rozumiem tych rankingów na najpiękniejszego mężczyznę (tzn. rozumiem, ale miejsca JunKiego nie rozumiem, ale na to musiałaby być osobna notka). Wiadomo, że patrzę na to nieobiektywnie, ale wydaje mi się, że osoby oglądające film The King and the Clown (którego ja osobiście jeszcze nie widziałam) są nieobiektywne tym bardziej, że kierują się wyłącznie jedną rolą. Bo dla równowagi, weźmy na tapetę dramę Time between Dog and Wolf… No facet jak się patrzy – bije się, strzela, ucieka, romansuje, no ach i och. I ja nie widzę u niego cech, które łapią się pod kategorię kkotminam. Ani w Hero nie jest piękny, ani w Time between Dog and Wolf, ani w Arang, ani w Virgin Snow. Odnoszę wrażenie, że ludzie przypięli mu łatkę po tym, jak Król i Klaun odniósł sukces… przy czym chyba (a raczej na pewno) sam JunKi cierpiał, bo w rzeczywistości jest 100% facetem (nie wiem, jak mam traktować te słowa, bo sam o sobie miał to powiedzieć xD), a przynajmniej tak się twierdzi. No ja go tam osobiście nie znam (a żałuję), ale mi również wydaje się facetem, i nikt mi tego udowadniać nie musi. Ja się na niego patrzę w Time between Dog and Wolf to myśli skupić na dramie nie mogę, bo mi tu męski JunKi przed oczami lata.

Poza tym… a propos męskości JunKiego, to każda szanująca się fanka/fangirl na pewno widziała „JStyle”. I na pewno słuchała… ja aż sobie musiałam zrobić przerwę i sobie przypomnieć… Zdecydowanie, 100% męskości w wyznaniu „Będziesz na mnie dziś tańczyć” (nie jedna by POTAŃCZYŁA…) albo „Wpuść mnie”… Ekhmm, mmm, ano… Chyba aż wątek zgubiłam, bo się zamyśliłam… Ehh, tak, no w każdym bądź razie, piękny to on dla mnie nie jest, jest raczej uosobieniem seksu, no ale uznajmy, że nikt tego nie czytał.

Tutaj reklamował jakieś perfumy, no ale, ale… po prostu… wow…

Ale ja się rozpisałam… a to nie jest wszystko, co chciałam napisać, na pewno, no ale nie pamiętam już wielu rzeczy. Tak czy siak historia JunKiego jest cholernie inspirująca jak dla mnie. Nigdzie go nie chcieli, non stop coś nie wychodziło, a tu proszę… Jeden z najbardziej rozpoznawalnych aktorów w Korei. A tu się człowiek martwi nie wiadomo czym… Ja to nie wiem, co by moi rodzice zrobili, gdybym wyskoczyła z czymś takim „Ja chcę być aktorką, idę na studia aktorskie i potrzebna mi kasa na przesłuchania”. I nie wiem, co ja bym zrobiła, gdybym zaliczała wpadkę za wpadką… JunKi może być faktycznie IDOLEM, i nie chodzi tutaj o to, że jest ładny i powabny, czy jak kto woli – piękny. Nie dość, że świetny aktor, to świetny piosenkarz, do tego zaczynał nieciekawie, a wyszedł na ludzi…

Być może w tym momencie zabrzmię górnolotnie, ale on jest idealnym przykładem na to, że „Impossible is nothing”. Aż wstyd się przyznawać do swoich problemów. :P Więc może zamiast Chodząca Anielska Cierpliwość nazwę go Chodząca Inspiracja…

Bierzmy przykład, ot co!

awww <333 normalnie mój ideał <333

2 komentarze do “Seria Skośnooka cz. 2: Lee Jun Ki

  1. no hot 30, jak się patrzy, no <3

    Nie no, Junki to był zdeterminowanym kolesiem, chwali mu się to. Ogólnie, to w końcu się czegoś o nim dowiedziałam ;p
    Oprócz tego, że tak uparcie dożył do celu, to był ogólnie głupi… Jak można nie chcieć robić problemów agencji i nie upominać się o swojej… o matko…

    I urzekł mnie fragment o tym, że on nie jest piękny, tylko seksowny i przystojny ^^

    Zdjęcie pierwsze i ostatnie po prostu wymiatają <3

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s